Wizyty położnej

Pierwsza wizyta położnej odbyła się 4 dnia od wyjścia Wiktorii ze szpitala. Położna zadzwoniła najpierw do mnie i umówiłyśmy się na pierwsze spotkanie u nas w domu.

Położna okazała się ciepłą i miłą kobietą po 40-stce.

Zbadała Wiktorię, a podczas rozmowy starała się dawać rady o pielęgnacji i laktacji. Wykazała się dużą empatią, gdy opowiadałam o chorobie córki. Sprawdzała także w jaki sposób karmię Wiktorię i czy robię to dobrze. Oprócz tego skontrolowała także stan mojego brzucha i mojej rany po cięciu cesarskim.

Pod koniec rozmowy wyciągnęła arkusz, w którym musiała wpisać wiele danych. Nie było to dla mnie zaskoczeniem, jedynie pytania o wielkość mieszkania i o to czy obydwoje z mężem mamy stałe dochody trochę mnie zaskoczyło.

Kolejne wizyty odbywały się średnio co 1,5 tygodnia i nie były umawiane, o czym położna mnie poinformowała na pierwszym spotkaniu. Zapewne jest to narzucone odgórnie, aby sprawdzić w jakich warunkach żyje dziecko.

Podczas spotkań zawsze Wiktoria była badana. Położna sprawdzała także, czy moja rana po cięciu cesarskim prawidłowo się goi.

Przyznam, iż lubiłam te wizyty. Położna zawsze dawała jakieś rady, mogłam bez problemu pytać o wszystko. Tworzyłam nawet sobie listę pytań na kolejne spotkanie. Dodatkowo położna dała mi do siebie swój numer komórkowy i mogłam do niej dzwonić, zawsze gdy nie byłam czegoś pewna lub chciałam się o coś spytać.

Wizyty położnej zakończyły się, gdy Wiktoria skończyła 8 tygodni.

Zawsze natomiast, gdy idę do naszej przychodni i spotkam na korytarzu naszą położną, to spyta się o zdrowie Wiktorii i o to co u nas słychać.

Takiej życzliwej i pomocnej położnej życzę nam wszystkim.

PS: A Wy jakie macie doświadczenia z położną?

KREW W KALE NIEMOWLAKA!!

Nasza Wiktoria od początku robiła często kupki. Były dość rzadkie i często zielone. Nasz pediatra stwierdził natomiast, że każde dziecko jest inne i że częstość wypróżniania się jest sprawą indywidualną każdego maleństwa. Dostaliśmy zapewnienie, że za jakiś czas częstość wypróżniania się zmniejszy. Jeśli chodzi o kolor kupki to prawdopodobnie był spowodowany tym, że dokarmiałam córeczkę mlekiem modyfikowany.

 Twierdzenia naszej pediatry zgadzały się z tym, co wiele osób pisało na forach internetowych. Postanowiłam więc nie przejmować się tym tak bardzo.

Problem pojawił się, gdy Wiktoria miała skończone 6 tygodni. Po porannym karmieniu zauważyłam jakby nitkę czerwonej krwi na pieluszce. Ponieważ była to niedziela od razu zawołałam męża, który w weekendy nie pracuje. Nie wiedzieliśmy co mamy zrobić, czy jechać do szpitala czy też nie. Postanowiliśmy najpierw na Internecie poczytać, jakie mogą być objawy pojawienia się krwi w kale niemowlaka.

Po przeczytaniu wielu artykułów, stwierdziliśmy, że jeśli w kolejnej pieluszce pojawi się krew to nie będziemy zwlekać i pojedziemy do szpitala.

Niestety w kolejnej pieluszce pojawiła się jakby małe i cieniutkie pasmo krwi.

W szpitalu dość szybko przyszedł do nas lekarz. Wiktorii zostały wykonane badania: morfologia krwi z rozmazem i badanie kału na krew utajoną. Wyniki były dobre. W morfologii nic szczególnego się nie działo a w kale nie stwierdzono krwi utajonej. Lekarz stwierdził, że najprawdopodobniej Wiktoria ma alergię pokarmową. Dostaliśmy receptę na mleko Bebilon Pepti 1 DHA i mieliśmy obserwować Wiktorię przez kolejne dni.

Niestety częstotliwość pojawiania się krwi w kale była coraz większa. Ilość krwi na szczęście nie była duża, ale dla nas – rodziców i tak była to marna pociecha. Robiliśmy mnóstwo badań i tak trwało to aż do ukończenia przez Wiktorię 3 miesięcy. Nasz pediatra stwierdził wówczas, że zmienimy mleko na  Nutramigen AA a ja miałam już zacząć podawać Wiktorii zupkę z ziemniaczka.

Nutramigen AA okazał się mega drogim mlekiem – 400 gram kosztowało 146 zł (!). Na szczęście mieliśmy przepisane je na receptę z ryczałtem. Płaciliśmy za puszkę 3,50 zł.

Po otworzeniu pierwszej puszki stwierdziłam, że mleko pachnie jak ścięte drewno a jego smak był okropny. Pomimo iż stopniowo wprowadzaliśmy nowe mleko, Wiktoria od razu wyczuwała inny smak i nie chciała go pić. Ale się nie poddawaliśmy i w końcu córka piła już tylko nowe mleczko.

Po tygodniu od rozpoczęcia wprowadzenia nowego mleka zaczęłam podawać Wiktorii zupkę z ziemniaczka. Nie podawałam zupki od razu, gdyż musieliśmy sprawdzić, czy na nowe mleko córka dobrze zareaguje i czy nie pojawią się zmiany alergiczne m.in. na skórze. Zupka zasmakowała Wiktorii.

Od czasu wprowadzenia zupki stolce zaczęły ulegać zmianie. Wiktoria nie robiła tak często kupki a jej ilość zmniejszyła się do dwóch na dobę. Po 10 dniach od wprowadzenia nowego mleka i zupki ani razu nie pojawiła się krew w pieluszce :-) Kontynuowałam wprowadzanie nowych warzyw do diety Wiktorii a mleko Nutramigen AA piła jeszcze przez kolejne dwa miesiące.

Nasz pediatra następnie przepisał nam Nutramigen 2 na kolejne miesiące. Jeśli dalej wszystko będzie dobrze i dalej nie będzie pojawiała się krew w kale to niedługo będziemy mogli wprowadzić zwykłe mleko w proszku :-)

Pierwsze dni w domu z Wiktorią

Nareszcie wszystko zaczęło się układać. Jadąc ze szpitala z Wiktorią w foteliku, i ja i mój mąż byliśmy przeszczęśliwi, że nareszcie możemy być z naszą córeczką.

Zaraz po przekroczeniu progu mieszkania pokazaliśmy Wiktorii każdy zakątek i tłumaczyliśmy jej do czego służy i co się w nim robi (radę tą wyczytałam w książce „Język niemowląt”). Pokazaliśmy jej pokój, położyliśmy na chwilkę do jej łóżeczka i cały czas byliśmy przy niej.

Wydaje mi się, że pierwsza noc była dla Wiktorii w miarę spokojna. Oczywiście budziła się co 1,5 – 2 godziny, ale byliśmy na to przygotowani. Mało znam dzieci, które w okresie noworodkowym przesypiają choćby połowę nocy, gdyż takie maleństwa zazwyczaj nie rozróżniają dnia od nocy.

Około 4 nad ranem Wiktoria zaczęła mocno płakać. Nie mogliśmy jej uspokoić. Wymieniliśmy jej pieluszkę, daliśmy jeść, śpiewaliśmy stonowanym głosem… Pomagało jedynie trzymanie na rękach. Tak też więc robiliśmy – czyli trzymaliśmy przez większość czasu Wiktorię na rękach i głaskaliśmy ją po główce..Tak też minęły nam kolejne dni. Wydaje mi się, że Wiktoria czuła wtedy, że jest w nowym miejscu i potrzebowała czasu na zaaklimatyzowanie się.

Dobrze, że chociaż nie płakała jak była u nas na rękach. Wydaje mi się, że czuła się wtedy bezpiecznie i tego najbardziej potrzebowała.

Za to od początku była małym głodomorkiem. Jadła co 2,5 – 3 godz. Na raz wypijała aż 60 ml mleczka (dlatego też nie byłam na początku w stanie ją wykarmić moim mlekiem). Wypijała tak dużo, gdyż w szpitalu miała codziennie zwiększaną dawkę mleka i było to zalecenie lekarza prowadzącego.

Cieszę się, że w tym okresie mogłam liczyć na męża. Zamienialiśmy się w taki sposób aby jedno z nas mogło chociaż przez kilka godzin pospać. Gdyby nie on, nie miałabym czasu nawet na przebranie się. Polecam więc każdej z Was aby angażować swojego męża, czy też partnera w pomoc przy opiekowaniu się Waszym dzieckiem :-)

Ból brzuszka noworodka

Większość z nas – rodziców styka się z problemem bólu brzuszka u noworodków i niemowlaków. U nas problem ten pojawił się dość szybko, bo już dwa tygodnie od narodzin Wiktorii.

Zaczęło się od płaczu, który z czasem przybierał na sile i trwał coraz dłużej. Jako świeżo upieczeni rodzice nie wiedzieliśmy początkowo czym jest to spowodowane.

Zaczynało się zazwyczaj tak samo – Wiktoria zaczynała płakać a jej płacz z każdą sekundą przybierał na mocy. Czasami patrzyła na nas swoimi zmęczonymi od płaczu oczkami i wydawało nam się, że był w nich przekaz: „mamo, tato pomóżcie mi!!”. Jej krzyki były tak głośne i tak mocne, jakby ktoś ją odzierał ze skóry. Ona płakała i ja płakałam. Widziałam jak bardzo cierpi a ja jako matka nie potrafiłam jej pomóc. Mogliśmy jedynie być przy niej, tulić ją i próbować dostępnych środków, które mogłyby jej pomóc.

Robiliśmy co mogliśmy. Byliśmy u pediatry, który zalecił podawanie Delicolu do każdego karmienia a mnie nakazano przejść na dietę bezbiałkową. Miałam także nie jeść jaj.

 Delicol to mała tubka, która ledwo starczała na 5 dni a jej koszt w aptece to 46 zł. Nie ważny był dla nas koszt tego specyfiku, więc oczywiście kupowaliśmy ten produkt. Stosowany był przy każdym karmieniu a ja nie jadłam nic co było zabronione. W Internecie znalazłam kilka stron z poradami dla mam karmiących, w których były informacje jakich produktów należy unikać, gdy dziecko cierpi z powodów bólu brzuszka. Niestety ani moja dieta ani kropelki Delicol nie pomagały Wiktorii.

Próbowaliśmy więc robić masaże brzuszka na kolkę i robiliśmy ciepłe okłady na brzuszek. Wydawało nam się, że ciepłe okłady  były czasami w miarę skuteczne. Gdy Wiktoria płakała i kładliśmy na jej brzuszek ciepłą pieluszkę to po kilku minutach jakby jej płacz się zmniejszał ale i tak nie ustępował całkowicie. Dodatkowo często kładliśmy ją na brzuszku aby gazy łatwiej mogły się wydostać z jelit.

Gdy Wiktoria skończyła miesiąc kupiliśmy Espumisan (nie jest wskazany dla noworodków). Środek ten bardzo jej zasmakował, bo ładnie pachniał i był słodki. Natomiast według mnie były to kolejne pieniądze wyrzucone w błoto, gdyż nie pomogły Wiktorii.

Dodam, że Wiktorię musiałam dokarmiać mieszanką modyfikowaną, gdyż nie byłam na początku w stanie zaspokoić jej apetytu na mleczko. Dokarmiłam ją mlekiem Bebilon Pronutra z DHA. Podczas kolejnej wizyty u pediatry zmieniliśmy mleczko na Bebilon Pepti z DHA a ja dalej kontynuowałam swoją dietę bezmleczną.

W międzyczasie zmieniliśmy butelki do karmienia. Kupiliśmy butelki Dr Brown’s, które według mnie są najlepszymi butelkami do karmienia. Smoczki mają wolny przepływ, więc Wiktoria nie ulewała tak bardzo podczas karmienia jak dotychczas a dodatkowo specjalna rurka znajdująca się wewnątrz butelki odsysała powietrze z jej wnętrza (na temat tych butelek na pewno jeszcze napiszę notatkę).

Zauważyliśmy, że podczas ataków bólu Wiktorii (choć na krótko, ale jednak) pomagało picie letniej wody oraz noszenie jej w pozycji pionowej. Natomiast dalej szukaliśmy sposobu jak pomóc naszej córeczce.

Położna podczas jednej z wizyt w domu zasugerowała mi abym spróbowała odstawić pierś i aby Wiktoria przez kilka dni dostawała tylko mleko modyfikowane. Miałam przez ten czas obserwować Wiktorię, sprawdzać czy coś się zmieni, czy będzie miała takie same mocne ataki bólu czy też ulegną zmniejszeniu. W tym czasie laktatorem odsysałam mleko, aby nie zanikało.

Już po dwóch dniach widzieliśmy różnice. Wiktoria miała jeszcze bóle ale już nie trwały tak długo. Po pięciu dniach miała ich w ciągu dnia maksymalnie dwa razy w ciągu doby. To był ogromny sukces bo do tej pory Wiktoria miała bóle średnio 6-7 razy na dobę – zarówno w dzień jak i w nocy. Postanowiliśmy kontynuować karmienie córci tylko mieszanką modyfikowaną. Po prawie dwóch tygodniach wspólnie stwierdziliśmy, że nasze dziecko jest szczęśliwsze. Nie zanosiła się do płaczu, spała spokojnie a my poczuliśmy ogromną ulgę.

Rezygnację z karmienia piersią postanowiłam jeszcze przedyskutować z pediatrą, który stwierdził, że jeżeli dziecko teraz nie cierpi, to może rzeczywiście warto całkowicie odstawić pierś.

Tak też zakończyłam swoją przygodę z karmieniem piersią. Podczas ciąży chodziłam do szkoły rodzenia i wiem, jak cenne może być mleko matki dla swojego dziecka. Niestety, jak widziałam jak moje dziecko cierpi i wiedziałam już co jest tego powodem nie wahałam się zbyt długo na tą nie łatwą decyzję. Nie łatwą tym bardziej, że gdy leżałam po porodzie w szpitalu a moja Wiktoria była w innym szpitalu, to robiłam wszystko aby jakoś pobudzić laktacje. Położne w szpitalu mi w tym pomagały i proszę mi uwierzyć ale kosztowało mnie to wiele wysiłku i bólu, bo zamiast ust dziecka musiałam palcami robić bardzo mocne masarze piersi, które nie należały do przyjemnych…

W każdym razie po odstawieniu piersi bóle Wiktorii się skończyły a ja mogłam wrócić do normalnego jedzenia.

Dodam tylko, że odstawienie piersi pomogło w naszym przypadku, ale to nie oznacza, że w innych by pomogło. Są dzieci, którym pomagają dostępne środki w aptekach, czy też masarze i ciepłe okłady. W naszym przypadku one nie pomogły…

Powitanie / Kilka słów o porodzie

Witam Cię bardzo serdecznie,

Nazywam się Magda i od 6 miesięcy jestem mamą ślicznej Wiktorii.

Założyłam tego bloga z powodu uczucia, które mnie przez ostatni czas nie opuszczało i podpowiadało aby dzieliła się z Tobą swoimi rozterkami, wyborami a nawet problemami, z którymi przyszło mi się zmierzyć. Tak – początek macierzyństwa nie był łatwy. Nie dlatego, że miałam problem z zaadaptowaniem się w nowej sytuacji ale dlatego, że po urodzeniu córki zaczęły się jej problemy ze zdrówkiem…

Wszystko zacznę od początku.

Poród nie należał do łatwych i był wywoływany przez przebicie pęcherza płodowego. Niestety kończąc już 40 tydzień ciąży miałam tzw. wielowodzie. AFI wyniosło 29!! Dobrze, że w tym czasie byłam już w szpitalu. Mój lekarz należy do grupy osób ostrożnych i przezornych dlatego już  6 dnia od planowanego terminu porodu miałam zgłosić się do szpitala. Tak też zrobiłam. Szóstego dnia spakowana pojechałam razem z mężem do szpitala. Standardowo najpierw należało podać swoje dane, potem przyszedł czas na szczegółowe badania. Podczas USG lekarz wykrył wielowodzie.

Jak tylko zakończyło się badanie, powiedziano mi, że najlepszym rozwiązaniem będzie wywołanie porodu poprzez przebicie pęcherza płodowego. Powiedziano mi także, że wielowodzie może być niebezpieczne dla dziecka. Oczywiście zgodziłam się na wszystkie zabiegi, jakie miałam przejść.

Po przejściu na blok porodowy o godzinie 9:55 miałam przeprowadzoną lewatywę – moją pierwszą w życiu. Nie było to najmilsze uczucie ale też nie najgorsze. Traktowałam to jako etap, który należy przejść. Potem podawane były mi leki i za chwilę przyszedł mój lekarz, który prowadził całą ciążę (na szczęście miała wtedy dyżur) i przebił mi pęcherz płodowy. To nie bolało. Było to zwykle uczucie jak podczas badania ginekologicznego. Natomiast to co ze mnie wyleciało przekraczało moją wyobraźnie. Nie sądziłam, że można mieć tyle wód płodowych w sowim brzuchu. Lało się ze mnie – jak gdyby ktoś odkręcił szybko kurek z wodą w kranie. A wody spływały i spływały….

Praktycznie przez cały czas była przy mnie położna. Lekarz także dość często przychodził i mnie badał. Dodatkowo KTG cały czas monitorowało bicie serduszka mojej Wiktorii. Wszystko wydawało się być dobrze..

Godziny mijały. Skurcze odczuwałam coraz bardziej ale cały czas nie miałam rozwarcia. Stanęło na tzw. 4 cm i nie szło dalej. Miałam kąpiel w wannie z hydromasażem, ćwiczyłam na piłce, póki mogłam spacerowałam po korytarzu i ciągle liczyłam ile sekund upływa od ostatniego skurczu..

I tak mijały godziny… O godzinie 3 w nocy nie miałam już sił. Byłam wykończona i po rozmowie z moim lekarzem i mężem, który był przy mnie cały czas, miałam mieć przeprowadzone cięcie cesarskie z powodu braku dalszego postępu porodu. Co dziwne położna nie była z tego powodu zadowolona, nadal namawiała mnie abym poczekała jeszcze trochę. Ale jak ja mogłam dłużej czekać. Czekałam 17 godzin, robiłam wszystko co było mi nakazane a dalej nie było rozwarcia..

Cięcie cesarskie było przeprowadzone szybko i sprawnie. Mogłam niebawem usłyszeć pierwszy krzyk swojej córeczki a następnie mogłam ją zobaczyć i pocałować. To była najwspanialsza chwila w moim życiu..

Wiktoria była czerwoniutka a buzię miała całą opuchniętą od wód. Otrzymała 9 punktów w skali Apgara. Jeden punkt jej odjęli za kropeczki na ramieniu, które uważali, że powstały podczas wyciągania z brzuszka.

Niestety już po 4 godzinach okazało się, że owe kropeczki zwiastowały coś poważniejszego. W badaniach krwi Wiktoria miała stwierdzoną małopłytkowość (!!). Powtórka badań. Płytki wynoszą tylko 9 tys., gdzie norma jest od 140 tys.  Lekarz szybko zamówił karetkę, gdyż córka musiała zostać przewieziona do szpitala specjalistycznego…

Po 5 godzinach na sali pozostałam sama – córkę zabrali do innego miasta a mąż wyjechał zaraz za nią.. A ja po cięciu cesarskim nie mogłam się ruszyć.. I nie mogłam być z córeczką, gdyż tam gdzie ją zabrano nie było dla mnie miejsca..

Codziennie do Wiktorii jeździł mąż. Nawet żadna z naszych mam nie mogła z nim jechać, gdyż na oddział mogli wejść tylko rodzice dziecka. Był to oddział, gdzie panowały wysokie restrykcje dotyczące odwiedzających. Było też tam bardzo sterylnie. A wszystkie dzieci były umieszczone w inkubatorach.

Przez kolejnych kilka dni Wiktoria miała podawane ogromne dawki leków, w tym miała przytaczane płytki krwi od dawców. Zazwyczaj po każdym przytaczaniu poziom płytek wzrastał ale następnego dnia znowu opadał..

Mnie ze szpitala wypisali we wtorek i od razu po wypisie razem z mężem pojechaliśmy do córki. Tak bardzo się cieszyłam, że mogę ją zobaczyć i że w końcu mogę być przy niej.

Niestety nie czekały na nas dobre wieści. Ordynator oddziału przekazał nam informację, że ponieważ córka nie wytwarza sama płytek krwi będzie konieczne pobranie szpiku kostnego z bioderka Wiktorii w celu jego zbadania.. Termin pobrania szpiku został już ustalony..

W dniu pobrania szpiku mogliśmy przyjechać wcześniej na oddział, więc byliśmy z samego rana. Wiktorii pobrali przy nas krew do badań i za 3 godziny miało odbyć się pobranie szpiku. Po 2 godzinach przychodzi do nas ordynator lekko uśmiechnięty i przekazuje nam informację, że chyba córka zaczęła sama wytwarzać płytki bo ich poziom wzrósł do 80 tys. (!!).  Konieczne było powtórzenie badań ale dało nam to ogromną dawkę optymizmu i wiary w to, że jednak będzie dobrze. Pobranie szpiku zostało przełożone na inną godzinę a w międzyczasie przyszły wyniki powtórzonej morfologii krwi. Wynik był znowu dobry – 79tys. (!!). Ordynator poinformował nas, że najlepszym rozwiązaniem będzie wstrzymanie pobrania szpiku kostnego i  obserwacja, czy płytki krwi nie będą spadać.

Po dwóch dniach we trójkę wracaliśmy w końcu do domu :-) Nareszcie mogliśmy zabrać naszą córeczkę, której poziom płytek urósł do 110 tys.

Pisząc to płaczę. Ciągle pamiętam te dni i chwile.  Modliliśmy się, płakaliśmy i nie wiedzieliśmy jak możemy pomóc naszej nowo narodzonej córeczce.. Tak bardzo się o nią baliśmy. Teraz jesteśmy już razem ale to co przeszliśmy nie życzyłabym nawet najgorszemu wrogowi..